Ale znowu odnalazłam w czasie te zatoczki, do których mogę na chwilę wejść, by pobawić się moimi ulubionymi zabawkami.
W takich momentach czuję się podobnie, jak w czasach dzieciństwa, gdy wyciągałam
z pudełka ukochane skarby- kamyki, szkiełka, piórka ptasie, nasiona znalezione na łące i inne niezidentyfikowane obiekty ;)
Tym razem naszyjnik powstał z pojedynczych, zlutowanych ze sobą "esków-floresków". Było z tym zabawy, klepania, piłowania. Odmienny jest nieco.
Zawiesiłam na koniuszku opal. Łezka podoba mi się wyjątkowo, bo wygląda, jak wyjęta z mleka, do którego wpadła kapeczka różowego budyniu. Taka tylko liźnięta pigmentem.
Wstępny szkic:
Po zlutowaniu i wyklepaniu:
Po oksydowaniu:
Przetarte do jasności:
Wypolerowane na błysk:
Przymiarka kamienia:
I gotowe: